|
Malezja 2005
Tygiel
kulturowy i religijny.
Do Malezji przyjeżdżamy pociągiem (the Jungle Railway) z
Singapuru do miasteczka Jerantut. Cicha, prowincjonalna mieścinka
okazuje się całkiem miła. Mimo, że przewodniki nie wyrażają się
pozytywnie o tym miejscu, na nas wywiera dobre wrażenie. Nawet maja
KFC. Dumni menadżerowie fast-fooda pozdrawiają nas i pytają skąd
jesteśmy. Przyjechaliśmy koło 4 rano i poszliśmy spać do
hotelu Sri Emas. Rano gorączkowe poszukiwanie banku. Nie mamy
malezyjskich ringgitów, więc musimy czekać do 9.00 przez co
ucieka nam pierwszy autobus do Kuala Tambeling. Kolejny odchodzi około
14.00. Po dwóch godzinach jazdy docieramy do malutkiej przystani z
pomostem (tzw. jetty) skąd odpływa nasza łódź do Kuala Tahan.

W
tej małe wioseczce znajduje się zarząd Parku Narodowego Taman
Negara. Park ten jest dość duży (4343 km kw.) i dość
popularny szczególnie wśród malezyjskich turystów. Jednak
niewielu z nich wyrusza poza wioskę Kuala Tahan. Większość
odwiedza okoliczne atrakcje takie jak canopy walk (zawieszone
na wysokości 45m w koronach drzew mosty z lin pozwalające
podpatrywać życie dżungli z góry), wędrowne plemię Batek czy
jaskinię pełną nietoperzy.
Park
narodowy Taman Negara może poszczycić się najstarszym lasem deszczowym na
świecie – około 130 milionów lat. Dżunglę zamieszkuje ponad 300
gatunków ptaków i 200 gatunków ssaków i gadów.
My
postanawiamy wyruszyć do nocnej kryjówki (night hide) Kumbung Lumbang, aby
podglądnąć życie zwierząt. Kryjówka to zadaszona betonowa platforma
usytuowana na wysokości około 10m nad ziemią, z której lepiej widać
miejsce, do którego zwierzęta chętnie przychodzą nocą uzupełniać zapasy
soli w organizmie. Po kilku godzinach oczekiwań w zupełnej ciszy i ciemności
udaję się nam zobaczyć dużego tapira. Mamy szczęście. Za godzinę zjawia
się cyweta – duży centkowany kot.


Około
pierwszej w nocy w towarzystwie kilku myszy zasypiamy wszyscy. Rano
w trójkę (Ania, ja i znajomy Szwed) wyruszamy w powrotną drogę
do Kuala Tahan. Droga miała być łatwa i przyjemna. 12-to
kilometrowy trekking po dżungli w samo południe okazał się
jednak bardzo wyczerpujący. Poszliśmy sami, bez przewodnika
i… zgubiliśmy się. I to kilka razy. Na szczęście nie
zboczyliśmy ze szlaku bardzo daleko i szczęśliwie dotarliśmy po
7 godzinach do wioski.





Następnego
dnia odwiedzamy plemię Batek (Somokberi). To grupa „rdzennych”
Malezyjczyków zamieszkująca dżunglę i prowadząca dość prymitywny tryb
życia. Generalnie żyją z polowań i zbieractwa i często zmieniają
miejsce. Dzisiaj korzystają z turystyki osiedlając się koło turystycznych
miejsc takich jak właśnie Kuala Tahan. Czerpią korzyści finansowe pozwalając
turystom poznawać ich życie i zwyczaje. W większości są analfabetami. Rząd
malezyjski próbował zmusić dzieci do uczęszczania do szkoły, ale z marnym
skutkiem.

Po
południu udaję się nam dotrzeć do pobliskiej jaskini. W porze deszczowej
jest niedostępna, ale teraz w marcu możemy bez problemu podziwiać ją i
setki nietoperzy, które ją zamieszkują.
Rankiem
wypływa nasza łódź z powrotem do Kuala Tambeling. Woda w rzece
ma bardo niski poziom, więc osiadamy kilka razy na mieliźnie i
musimy wysiadać z łodzi. Po czterech godzinach, spaleni południowym
słońcem, docieramy do przystani, gdzie czeka już na nas autobus.
Jedziemy do Jerantut.
Z
małej stacyjki kolejowej pociąg jadący do Kuala Lumpur zabiera
nas na południe półwyspu. Nad rankiem docieramy do Melaki.



To
wspaniałe miejsce. To historia Malezji. Zatrzymujemy się w bardzo przytulnym
hoteliku Travellers Lodge. Melaka to ładne miasto portowe, przyciągające
rzesze turystów, ale na szczęście nie ma klimatu jarmarku i nie jest
zepsute przez turystów. W muzeum przysłuchujemy się ciekawej opowieści
przewodnika na temat historii Półwyspu Malezyjskiego. Malezja było kolejno
kolonią portugalską, holenderską, brytyjską i w czasie II Wojny Światowej
przez krótki czas japońską.

Można
wybrać się także na krótki rejs łodzią po rzece oglądając najładniejsze
i najstarsze miejsca w mieście albo pospacerować po chińskiej dzielnicy
Chinatown. Wieczorem można zajrzeć do jednej z uroczych restauracyjek
usytuowanych nad brzegiem rzeki. Zupa Tom Yam to prawdziwy przysmak. Gorąco
polecam spróbować!

Następnego
dnia rano zmierzamy autobusem w kierunku Singapuru. Musimy dotrzeć
na popołudnie na lotnisko Changi. Po pięciu godzinach jazdy widać
w oddali ogromne centrum tej metropolii.
Bye,
bye Malaysia. Welcome back to Singapore!
©
Tekst i zdjęcia Tomasz Szymkiewicz
|