|
Honduras
2007


Jaki był cel naszej wyprawy
do Hondurasu?
- Copan - ruiny miasta Majów
- Roatan – jedna z Wysp Zatokowych
- Garifuna – murzyńskie plemię na
Karaibach
Termin wyprawy – kiedy
jechać?
W Hondurasie byliśmy od 1 do
8 grudnia.
Klimat kształtowany jest tutaj raczej przez wysokość
niż porę roku. Zasadniczo wybrzeże jest gorące przez cały rok
– około 30 stopni w ciągu dnia, a w górach w dzień jest
przyjemnie ciepło, a nocą może być chłodno. Sezon od sierpnia
do listopada to teoretycznie pora huraganów na Karaibach, ale
ponieważ Honduras nie leży
na szlaku huraganowym to w większości (wyjątkiem był Mitch w
1998) przypadków omijają one wybrzeże kraju. W tym okresie na
wyspach może trochę wiać i padać, ale nie powinno to zrujnować
wizyty. Teoretycznie najlepszym okresem do wizyty jest okres od
marca do maja, kiedy pada najmniej, ale nie obawiajcie się w
Hondurasie azjatyckich monsunów z zalegającymi całymi
tygodniami chmurami. Honduras to przecież Karaiby J
Jak dostać się do Hondurasu?
Droga powietrzna
Continental (który wybraliśmy),
American Airlines, Taca, Iberia i Copa to główne linie obsługujące
trasy międzynarodowe z/do Tegucigalpy i/lub San Pedro Sula.
Promocje nie zdarzają się często, więc bilety nie są tanie.
Większość lotów oferowanych jest z przesiadką w USA i wymaga
to posiadania wizy turystycznej do tego kraju.
Linie Continental z bazą w
Houston uruchamiają sezonowo weekendowe loty bezpośrednio na
Roatan.
Można też sprawdzić loty do
krajów sąsiadujących np. El Salwadoru, Belize, Gwatemali czy
Nikaragui i dalej przejechać autobusem.
W naszym wypadku cena lotu
Atlanta – San Salvador była najkorzystniejsza. Mieliśmy do
wykorzystania darmowy bilet za mile zebrane w liniach Continental.
Zapłaciliśmy jedynie za opłaty lotniskowe kwotę 57 USD.
Ze stolicy El Salvadoru pojechaliśmy za 1,8 USD lokalnym
autobusem nr 119 do granicznej miejscowości El Poy i już byliśmy
w Hondurasie.
Droga lądowa
Linie autobusowe Ticabus (www.ticabus.com)
obsługują wiele tras w Ameryce Środkowej. Można przejechać
nimi z meksykańskiego miasta Tapachula aż do samego Panama City.
Autobusy są w dobrym stanie, klimatyzowane, z telewizorami.
Bilety są jednak dość drogie.
Linie King Quality obsługują
trasy z San Pedro Sula do Managua, San Salvador i miasta Guatemala.
Linie Hedman Alas (www.hedmanalas.com)
kursują pomiędzy San Pedro i Gwatemalą (stolica i Antigua)
Droga morska
Z Puerto Cortes można się
dostać raz w tygodniu do Dangriga w Belize. Z Omoa prom kursuje
raz lub dwa razy w tygodniu do gwatemalskiego Livingston.

Wizy
Polacy wjeżdżający na teren
Hondurasu nie muszą posiadać wizy przy pobycie do 90 dni. Przy
wjeździe musieliśmy zapłacić opłatę wyjazdową w wysokości
3 USD. Początkowo uznałem to za wymuszenie nielegalnej opłaty,
ale po krótkiej prośbie otrzymaliśmy oficjalne potwierdzenie
zapłaty.
Język
W Hondurasie oficjalnym językiem
jest hiszpański. Władanie tym językiem znacznie ułatwia
sprawy. Łatwiej negocjować ceny w taksówkach czy na bazarach.
Ponadto ludzie stają się bardziej przyjaźni i otwarci jak mogą
dogadać się z przybyszem. W autobusach międzymiastowych ceny
biletów są raczej stałe, więc nie ma obaw co do naciągania.
Na wybrzeżu, a konkretnie na
Wyspach Zatokowych i w niektórych częściach regionu La
Mosquitia używa się angielskiego. Wynika to z historycznej
obecności Brytyjczyków i dzisiejszego napływu Amerykanów
inwestujących na wyspach.
Zdrowie
Jadąc do Hondurasu warto
przemyśleć kwestię malarii. O ile w górach nie jest ona
wielkim problemem to na wybrzeżu, a w szczególności na wyspach
Roatan, Utila czy Guanaja malaria jest obecna. Nie jest to jakaś
marginalna sprawa i każdego roku wiele osób na nią zapada. Na
szczęście najgroźniejszy rodzaj malarii (p. Falciparum) nie
występuje w Hondurasie i nie jest konieczne przyjmowanie silnej
Mefloquiny. My przyjmowaliśmy Arechin (chloroquinina)
Poza malarią warto zaszczepić
się na standardowe choroby występujące w krajach Trzeciego Świata
jak żółtaczka A i B czy tężec.
Bezpieczeństwo
Bezpiecznym krajem Hondurasu
nazwać nie można. Panikować i omijać szerokim łukiem tego
kraju jednak nie trzeba. To już była moja druga wizyta w tym
regionie i nie poczułem ani razu cienia zagrożenia czy
jakiegokolwiek napięcia spowodowanego obecnością złodziei czy
rabusiów różnej maści. Oczywiście standardowe środki ostrożności
polecałbym zachować, gdyż statystyki przestępstw pokazują
okrutną prawdę. Wystarczy sięgnąć po lokalną gazetę i oglądając dziennie
kilka stron o napadach z bronią w ręku, kradzieżach czy gwałtach
można szybko się przekonać, że jesteśmy w Ameryce Łacińskiej
i trzeba się mieć na baczności.
W Hondurasie bieda połączona
z dużą ilością łatwo dostępnej broni skutkuje takimi
wydarzeniami. Na szczęście większości turystów udaje się
uniknąć
jakichkolwiek złych przygód. Polecam uważać szczególnie w dużych
miastach, na bazarach i unikać chodzenia nocą gdziekolwiek.
Najgorszą sławę mają San Pedro, Tegucigalpa i La Ceiba.
Dyskoteki w nadmorskich miejscowościach także słyną ze
sporadycznych porachunków z użyciem broni.
Waluta
Oficjalną walutą w
Hondurasie jest Lempira. 1 lempira = 100 centavos. Najlepiej
przywieźć ze sobą dolary amerykańskie w gotówce. Nie starsze
niż te wydane w 1996 roku.
Pieniądze wymienia się w
banku, ale można także na granicy. Niektóre hotele wymieniają
dolary po dobrym kursie.
Poza tym w wielu miejscach
akceptowane są dolary. Na Roatanie niektóre ceny podawane są
bezpośrednio w dolarach.
Na początku grudnia 2007 za 1
USD płacili nieco ponad 18,5 lempirów
Odwiedzone przez nas miejsca w
Hondurasie.
Copan
Z granicy salwadorskiej w El
Poy do pierwszego miasteczka po stronie honduraskiej jeżdżą
taksówki i busy. Taksówka kosztowała 48 lempirów. Odległość
to zaledwie 7 km. Chcąc dostać się do miasta Copan Ruinas musieliśmy
najpierw dostać się do La Entrada. Miasteczko to leży na trasie
Nueva Ocotepeque – San Pedro Sula. Autobusy kilku firm
pokonują tą trasę parę razy dziennie. Wybraliśmy, właściwie
przypadkowo, firmę Congolon. Bilet do San Pedro kosztuje 130 l a
do La Entrada 90 l. Później pozostało już tylko przesiąść
się na autobus pokonujący ostatnie 72 km dzielące nas od Copan
Ruinas. Późnym popołudniem dotarliśmy na miejsce i ulokowaliśmy
się w miłym hoteliku Los Gemelos, gdzie dwójka kosztowała
160l, a właścicielka chętnie wymieniała dolary na lempiry.
Zaraz obok znajduje się restauracja Restaurante de Todos. Może
nie najtańsza, ale serwująca naprawdę pyszne jedzenie. Baleadas
(placki z mąki kukurydzianej z nadzieniem np. fasolowym), 2
sztuki, kosztowały 25 l, duże burrito – 25l, sałatka
– 55l, a jogurt z płatkami – 45l.
Rankiem wyruszyliśmy do ruin.
Położone są kilka minut marszu od wioski przy drodze prowadzącej
do San Pedro Sula. Było rano, około godziny siódmej. Słońce świeciło już
mocno, ale turystów, na szczęście było jeszcze niewielu. Bilet
wstępu do ruin kosztuje 15 USD. Kompleks można zwiedzać na własną
rękę lub z przewodnikiem. Wszyscy przewodnicy są licencjonowani
i oficjalnie zatrudnieni na miejscu, więc negocjacje odpadają.
Oferuję stałą stawkę 25 USD za około 2 godzinną przyjemność.
Kompleks jest mniejszy niż gwatemalski Tikal, ale robi wrażenie.
Przed rozpoczęciem zwiedzania oglądamy makietę przedstawiającą
całe miasto, następnie udajemy się do właściwego wejścia,
gdzie sprawdzają bilety i gdzie stado ar siedzi na płocie i
pokrzykując przygląda się wchodzącym. Kompleks zwiedzać można
w różnej kolejności, ale na pewno polecam zobaczyć schody na
których widnieją hieroglify, boisko do peloty, Ołtarz Q, główny
plac (Great Plaza) i stele.
Pień
drzewa La Ceiba
Warto wynająć
przewodnika. Mają oni dużą wiedzę na temat historii miasta i
cywilizacji Majów. Spacerując wśród piramid i steli można
wyobrazić sobie jak wyglądało życie w tym miejscu przed
wiekami. Majowie pozostawili po sobie wiele informacji zapisanych
we własnym języku. W Copan cały czas trwają prace
archeologiczne i naukowcy odkrywają tajniki życia ówczesnych
mieszkańców tego miata.
Boisko
do gry w pelotę. Po meczu Majowie składali w ofierze życie
jednego z zawodników. Zaszczytem było umrzeć.

Na banknocie 1
lempirowym widnieje miasto Copan






Po mniej więcej 2 godzinach
żegnamy się z przewodnikiem i maszerujemy do wioski. Kilka
kilometrów od Copan Ruinas w kierunku gorących źródeł
(pytajcie o Hot Springs) znajduje się prywatny ogród w którym właściciel
trzyma wiele gatunków ptaków, w tym kolorowe ary i
tukany. Spacer z miasteczka zajmuje niecałą godzinę. Ogród
nazywa się Macaw Mountain Bird Park. Wstęp kosztuje 10USD,
wliczony jest w to przewodnik, który w ciągu niecałej godziny
oprowadzi Was po terenie ogrodu i opowie parę słów o ptakach i
roślinach. Mają także przewodników anglojęzycznych. Warto
odwiedzić to miejsce. Jest tam mała restauracja oraz sklepik z różnymi
gatunkami kawy.

Kawa

Po powrocie do Copan Ruinas można
zjeść dobrze w restauracji Nia Lola. Dają duże porcje i ceny
nie są wygórowane.
Spacerując po centralnym
placu (parque central) wchodzimy do kościoła i dowiadujemy się
o wieczornej uroczystości. Wieczorna msza poświęcona będzie 15
latce, która wedle lokalnego zwyczaju staje się kobietą i
wchodzi w dorosłość. Po mszy odbywa się przyjęcie.


Wieczorem przychodzimy
punktualnie na mszę. Dziewczyna jest ubrana jak do ślubu.
Podekscytowana rodzina siedzi w pierwszych rzędach i któryś z
krewnych biega z aparatem. Ksiądz wygłasza pouczające kazanie,
gestykulując i wykrzykując. Czegoś się nauczyliśmy. W trakcie
przekazywania znaku pokoju krewni podchodzą do nas pozdrawiając
i podając rękę. Są mile zaskoczeni naszą obecnością.

Idziemy spać w naszym małym
Los Gemelos. Jutro trzeba jechać dalej na północ.
Roatan
Casasola. Tak się nazywa
firma autobusowa, która zabrała nas z Copan Ruinas przez La
Entrada do San Pedro Sula. Bilet kosztował 100l za osobę. Firma
Hedman Alas jest droższa i oprócz kursów do San Pedro oferuje
połączenia do Tegucigalpy i La Ceiby.
Nasza podróż przebiegała dość
sprawnie do momentu kiedy przegrzały się klocki hamulcowe i na
przystanku w La Entrada wystrzeliła opona. Następnie tylne
nadkole stanęło w płomieniach. Wywołało to małą panikę wśród
pasażerów wyskakujących w popłochu z autobusu. Zdążyliśmy
powyciągać z bagażników nasze bagaże zanim ogień dotarł do
nich. Kierowca i jego pomocnicy mieli trochę kłopotów z obsługą
gaśnicy, ale po kilkunastu minutach sytuacja została opanowana.
Dwie godziny trwała wymania spalonej opony. Do San Pedro dotarliśmy
po dwunastej. W mieście funkcjonuje już od ponad roku ogromny
dworzec autobusowy. Potężny budynek mieści mnóstwo terminali
autobusów lokalnych i dalekobieżnych oraz sklepy i restauracje.
Widać, że duża powierzchnia czeka jeszcze na zagospodarowanie.
Hamburger z frytkami i Colą kosztuje 75l, a ryż z warzywami i mięsem
– 57l.
Udało się złapać połączenie
do La Ceiby (80l, 3 godziny, taksówka do portu 120l za 4 osoby) i
o 16.30 siedzieliśmy już na nowym promie Galaxy płynącym na
wyspę Roatan (420l/osoba).
Do niedawna port promowy
znajdował się w stolicy wyspy Coxen Hole, ale jak się dowiedziałem
od taksówkarza, został przeniesiony do Brick Bay ze względu na
tworzące się ogromne korki w mieście w czasie załadunku i wyładunku.
Zmiana ta odbiła się trochę
negatywnie na podróżnikach z plecakiem. O ile z Coxen Hole można
było wyjechać transportem publicznym, to z Brick Bay zostaje
tylko droga taksówka. Za kurs do West End kierowca zażyczył
sobie 10 USD. Był za to bardzo pomocny w szukaniu taniego noclegu
w miasteczku. Przyjechaliśmy już po zmroku i główna ulica w
West End była pełna ogromnych kałuż po deszczu. Jeździliśmy
dobre pół godziny zanim znaleźliśmy hotelik Milka`s za 20 USD
od pokoju. To chyba jedna z najtańszych opcji na wyspie.
Roatan to najbardziej znana i
największa z Wysp Zatokowych (Islas de la Bahia). Ma ponad 60 km
długości i około 3 km szerokości. Przez wyspie biegnie jedna
pokryta asfaltem droga z wioski West End do Punta Gorda i Oak
Bridge. Dalej jest już tylko szlak przejezdny dla aut terenowych
prowadzący do Port Royal.
Oprócz kursującego dwa razy
dziennie z La Ceiby promu MV Galaxy, na Roatan można dostać się
samolotem. Jest to jednak opcja nieco droższa. Sosa, Atlantic i
Islena to linie obsługujące trasy do La Ceiby, Tegucigalpy i San
Pedro.
Przy kilkudniowym pobycie
najlepszym rozwiązaniem jest chyba ulokowanie się w West End. Można
stąd dotrzeć wodną taksówką lub spacerem do najpiękniejszej
plaży na wyspie w West Bay. Można wypożyczyć mały skuter za
25-30 USD za dobę i dotrzeć na drugi kraniec wyspy do Oak Bridge.
W West End jest dużo
restauracji i hotelików. Ceny są dość wysokie.

Jest tu bardzo dużo centrów
nurkowych. Jest to chyba najtańsze miejsce na świecie do
zrobienia kursu. Już za około 250 USD można uzyskać
certyfikat. Wypożyczenie sprzętu ABD kosztuje 5 USD za dzień.
Najlepsze miejsce do nurkowania to zatoczka Half Moon Bay.
Spacer plażą do West Bay
zajmuje ponad godzinę. Po drodze mija się wspaniałe rezydencje
i hotele. Plaża jest naprawdę ładna, bardzo długa, ale wąska.
W samej wiosce jest kilka drogich hoteli i restauracji.
Będąc na Roatanie polecam
nie ograniczać swojego pobytu tylko do zachodniego krańca wyspy.
W ostatni dzień wynajęliśmy taksówkarza za 50 USD, żeby zawiózł nas do Punta Gorda i Oak Bridge a
następnie do Brik Bay na prom. Po drodze zobaczyć można Sandy
Bay i Coxen Hole. Zaraz za French Harbour znajduje się prywatna
farma legwanów Iguana Farm (wstęp 5USD), gdzie można zobaczyć
stado legwanów wałęsających się po ogrodzie i kilka ryb oraz
żółwi pływających w oddzielonej części brzegowej koło
pomostu. Generalnie trochę żałośnie to wygląda i nie uważam tego za
rzecz wartą odwiedzenia.

Warto za to dotrzeć do Oak
Bridge. To miasteczko zamieszkane przez 5000 osób mówiących głównie
po angielsku koncentruje swoją działalność na porcie rybackim.
Dla turystów ciekawostką może być tu usytuowanie wielu domów
na palach zaraz przy linii brzegowej. Najlepiej wynająć łódkę
z silnikiem (15- 20 USD za łódź na godzinę do półtorej) i
popłynąć wzdłuż brzegu. W pobliżu miasteczka znajdują się
też bagna namorzynowe, do których można dotrzeć ustalając to
wcześniej z właścicielem łodzi.
W Oak Bridge znajduje się też
dość dobrze zaopatrzony market, gdzie można kupić owoce i coś
do picia.




Nasza wizyta na
Roatanie dobiega niestety końca i o 14.00 z Brick Bay odpływa
nasz prom do La Ceiby. Tu miła niespodzianka. Spotykamy Norberta,
raczej on nas spotyka. To Polak mieszkający na stałe w Sandy Bay.
Dwie godziny na promie mija nam bardzo szybko na dyskusjach o życiu
naszego rodaka w Hondurasie.
W La Ceibie Norbert pomaga nam
znaleźć sklep, w którym możemy kupić zmiennik do prądu i w
tym miejscu żegnamy
się. Taksówki w La Ceibie mają stałą cenę – 15l od
osoby w obrębie miasta. Dzięki Norbert i do zobaczenia!
Tela i Garifuna
Po 16.00 lokalny autobus odjeżdża
do Teli. Bilet kosztuje 35l. Stary amerykański school bus pędzi
przez płaskie tereny wybrzeża Hondurasu. Ściemnia się i przez
otwarte okna wpada chłodniejsze, orzeźwiające powietrze. Gdy
docieramy do Teli jest już zupełnie ciemno. Miły facet siedzący
obok nas w autobusie ostrzega nas przed złodziejami i wysiada na
jednym z przystanków.
Taksówki w Teli kosztują
tyle samo co w La Ceibie – 15 l za osobę. Trafiamy do
spokojnego hoteliku kilka przecznic od głównego placu. Nazywa się
Posada del Sol i jak nazwa wskazuje już od rana przyjmuje dużą
dawkę promieni słonecznych.

Miejscowi zapewniają, że po
wprowadzeniu policji turystycznej jest już w mieście
bezpieczniej niż kilka lat temu i możemy spokojnie spacerować
wieczorem po centrum.
Knajpka Luces del Norte
niedaleko plaży jest godna polecenia.
Chociaż plaża jest długa i
piaszczysta do Teli nie przyjechaliśmy, aby wylegiwać się
na słońcu. Interesowało mnie bardziej jak wygląda życie murzyńskich
plemion Garifuna.
Garifuna to potomkowie
czarnych niewolników przywiezionych z Afryki. Wymieszali oni swoją
krew z lokalną ludnością indiańską i tak powstała odrębna
społeczność kulturowa. Brytyjscy kolonizatorzy nazywali ich
Black Caribs, ale sami Garifuna wolą używać swojej własnej
nazwy. Używają własnego języka i zamieszkują w wioskach na
karaibskim wybrzeżu Belize Gwatemali, Nikaragui i Hondurasu. Duża
społeczność Garifuna żyje także w USA.
Całkowitą populacje ocenia
się na około 500 tysięcy ludzi. W XVIII wieku zamieszkiwali oni
karaibską wyspę St Vincent, ale Brytyjczycy przesiedlili ich na
Roatan. Wyspa ta okazała się dla 2 tysięcznej żyjącej wtedy
grupy za mała i większość z nich przeprowadziła się na
wybrzeże.
Garifuna znani są ze swoich
tańców zwanych Punta, które można czasami zobaczyć w weekendy. Muzeum Garifuna w Teli organizowało takie pokazy.
Niestety podczas naszej wizyty było zamknięte.
Wiosek Garifuna w Hondurasie
jest wiele, ale te w okolicach Teli są naprawdę malownicze.
Najszybciej dotrzeć do Tournabe. Autobusy kilka razy dziennie
pokonują tą trasę,
ale w niedzielę długo trzeba czekać na odjazd. Taksówka
kosztuje 80l za 4 osoby.
Wioska jest położona przy
samej plaży. Po obu stronach ubitej drogi ciągną się
zabudowania, gdzie można zaobserwować życie wioski.













Ciekawszą i na pewno o
bardziej malowniczym położeniu wioską jest Miami. Z Tournabe
biegnie piaskowy, nie ubity trakt w kierunku Punta Sal, półwyspu
należącego do Parku Narodowego Jeanette Kawas. Po jakiejś
godzinie jazdy jeepem lub pick upem dociera się do Miami. Pytałem
o wynajęcie jeepa. Właściciel zażądął 1200l.
Nam udaje się złapać stopa.
Droga jest wyboista i nie ma ani kawałka asfaltu.
Widziałem tylko jedną taksówkę
osobową próbującą pokonać tą trasę z Tournebe, ale nie wiem
czy się jej to udało. Można spróbować piechotą pokonać ten kawałek,
ale na pewno zajmie to parę godzin. Zabierzcie też zapas wody i
coś do nakrycia głowy,
bo nie ma tam ani kawałka cienia.
Gdy wjeżdża się do wioski
widok jest przepiękny. Po prawej stronie błękit oceanu, dochodzący
do plaży, na której z białego piasku wyrastają zielone palmy.
Dalej zaczynają się zabudowania wioski. Są
to drewniane chatki pokryte liśćmi palmowymi. Wioska usytuowana
jest na wąskim półwyspie, tak że po lewej stronie woda
ogranicza dalszą jej rozbudowę. Z drobną różnicą. Jest to słodka
woda, gdyż należy do Laguny de Los Micos, która otacza półwysep
i na końcu, gdzie stoją ostatnie domy Garifuna łączy się ze słona
wodą oceanu.
Z wioski Miami można
zorganizować wycieczkę łodzią na Punta Sal, najbardziej wysuniętą
część półwyspu albo do wspomnianej laguny. Mnóstwo tu
ptactwa, a laguna pokryta jest w większości namorzynami.
Wynajęcie łodzi na cały
dzień do Punta Sal kosztuje 1500 – 1700 l.
Warto przejść się między
domkami i zobaczyć jak żyją tu ludzie. Kobiety pracują w kuchni,
przygotowując świeże ryby, a mężczyźni albo wypływają na
ryby albo pracują przy budowie nowych domostw. Plaża przy wiosce
jest czysta. Można bez problemu kąpać się, korzystając z
piaszczystego dna i często występujących tu fal.
Po całym dniu spędzonym w
wiosce wracamy do Tournabe z zaprzyjaźnionym Francuzem, który
przywiózł nas tu. Dalej już taksówką do Teli.
Wioska zrobiła na mnie duże
wrażenie. Następnego dnia w firmie Garifuna Tours mieszczącej
się zaraz obok głównego placu wykupujemy wycieczkę do Laguny
de Los Micos. Cena to 500l na osobę, ale po negocjacji spada do
450l.
Tą samą trasą pędzimy
znowu do Miami. Znowu mijamy Tournabe i podążamy piaszczystą
drogą ciągnącą się wdłuż plaży.
Okolica jest przepiękna, ale
już chyba niedługo się zmieni. Amerykańska firma wykupiła te
tereny pod budowę ogromnego kompleksu hotelowego. Wpłynie to
negatywnie na przyrodę i zagrozi życiu lokalnego ptactwa. Na
zawsze zmieni się też życie Garifuna. Kamień informujący o
rozpoczęciu inwestycji już stoi. Wszystko zniknie.
Kilkuosobową łódką z
silnikiem wypływamy na wody laguny. Po chwili pojawiają się
pierwsze kormorany i czaple. Dalej ogromne korzenie drzew
mangrowych wystają ponad powierzchnie wody. Gdzieś mniej więcej
w połowie długości kanału prowadzącego na otwarte jezioro
zatrzymujemy się, aby wejść na wieżyczkę obserwacyjną. W
dole rozpościera się zielony las.





Z jeziora wypływamy małym
przesmykiem na pełne morze, gdzie ptactwo siedzi nad brzegiem
czekając na ryby. Skaczemy na dość wysokich falach, gdy
kilkadziesiąt metrów od łodzi pojawiają się delfiny.
Późnym popołudniem jesteśmy
w Teli. Wcześnie rano ruszamy do San Pedro. Na miejscu jesteśmy
przed 9.00. Bilet 65l.
Początkowy plan złapania autobusu międzynarodowego do San
Salvadoru upada. Jest okres świąteczny i pozmieniano rozkłady
jazdy i wszystkie autobusy są przepełnione. Jeden autobus dzienne
odjeżdża o 7 rano do stolicy El Salvadoru. Musimy skorzystać z
połączeń lokalnych.
Firma Congolon wyrusza z San
Pedro do Agua Caliente przy granicy z Gwatemala. Płacąc 135 l możemy
wysiąść w Nueva Ocotepeque. Stąd już blisko do granicy w El
Poy. Miejsce w mnibusie kosztuje 10 l, a taksówka 12 lempirów od
osoby. Tym razem wybieramy minibusa.
© Tekst i zdjęcia Tomasz
Szymkiewicz
|