|
Dominikana
2008

Z
dziennika
podróży
10 lipca
Czarterowy
lot z Brukseli do Punta Cana okazuje się najtańszym sposobem
dostania się na słoneczną wyspę Wielkich Antylii. W południe
docieramy do stolicy Belgii i mamy około 20 godzin na spacer
ulicami miasta. Miasto czyste i zadbane, ale jak większość
europejskich stolic szare. Auto zaparkowaliśmy przy ulicy Anspach
Blvd za 5 euro za 3 godziny i ruszyliśmy na zwiedzanie. Późnym
wieczorem, a właściwie już w nocy jedziemy na lotnisko. Tam na
parkingu P3 (najtańszy długoterminowy parking) śpimy w aucie do
rana. O świcie wylatuje nasz samolot linii JetAirFly do Punta Cana.
Bilet na kilka dni przed odlotem kosztował 550euro za osobę (www.ltur.de).
11
lipca
Lądujemy
w deszczu i dwie godziny po czasie. W lotniskowym banku, przypominającym
raczej nasze kantory niż prawdziwy bank, wyświetlają dzisiejszy
kurs peso – 1USD = 33,70 peso. Doświadczenie podpowiada, żeby
wymienić małą sumę, wystarczającą na dotarcie do banku w mieście,
gdzie kurs może być dużo wyższy.
Taksówkarze
nauczeni rozrzutnością turystów lądujących tutaj z pełnymi
portfelami na tygodniowe wakacje żądają 30USD za przejazd do
dworca autobusowego w Bavaro. Jedziemy ostatecznie za 15 dolarów.
Jest ciepło i wilgotno, co właściwie dziwić nie powinno, bo
przecież lipiec to pora huraganów i zwiększonych opadów. Na szczęście
to Karaiby i za dwie godziny wszystko błyszczy w popołudniowym słońcu.
Autobus z Bavaro do Higuey kosztuje 100 peso, a następny do La
Romana – 85 peso. Maszerujemy z naszymi plecakami szukając
taniego hoteliku w tym spokojnym, jakby się wydawało, miasteczku.
Sol y Mar Aparthotel oferuje nam pokój z działającą czasami
klimatyzacją i toaletą za 670 peso.
W środku budynku
ciemno, nie ma prądu. Po chwili słychać generator burczący za
rogiem, a naprzeciwko jakaś rodzinka dyskutuje na tarasie swojej
posesji.
Niestety
u nas dalej ciemno. „Una falta grave” mówi właściciel,
„una hora”. Nie wierzę do końca w jego słowa. Półtorej
godziny później jest wciąż ciemno. Widok z werandy jest częściowo
zasłonięty przez kable elektryczne rozwieszone między słupami
niczym sznurki do bielizny, z drobną różnicą , jest ich naprawdę
mnóstwo.
12
lipca
Za
60 peso minibusy zwane na Dominikanie „gua-gua” kursują
do miasteczka Bayahibe. Trzeba się zapytać, najlepiej w hotelu, skąd
odjeżdżają. W samym Bayahibe oprócz plaż, sklepów z pamiątkami
i kilku jadłodajni niewiele jest do zobaczenia. Po południu
wybieramy jedną z restauracji mających piękny widok na zatokę i
zamawiamy obiad. Kalmary z ziemniakami, sałatką i świeżo wyciśniętym
owocowym sokiem kosztują około 330 peso za osobę.
13
lipca
O
8.00 odjeżdża autobus do Santo Domingo. Cena biletu to 160 peso.
Hoteli w La Capital (jak mawiają Dominikańczycy o swojej stolicy)
jest dużo, ale tanie noclegi niekoniecznie są łatwe do
znalezienia. W La Grand Mansion w centrum, jakieś 10 minut od
Maleconu, pokój dwuosobowy kosztuje 700 peso. Właściciel jest
bardzo pomocny i posiada dużo ciekawych informacji na temat miasta.
Po
ulokowaniu się w pokoju idziemy kupić bilet na prom do Portoryko.
Taksówka z Plaza de Hispanidad do biura linii Ferries del Caribe
kosztuje 150 peso. Trzeba się targować, gdyż taksówkarze w
stolicy często zawyżają ceny dla turystów.
Spacerujemy
do Fortaleza Ozama. Wstęp kosztuje 30 peso. Museo
de Casas Reales – 60 peso. Taksówka
z Parque Independencia do hotelu La Grand Mansion przy ulicy Danae
26 kosztuje 150 peso.
14
lipca
Przy
Parque Independencia znajduje się całodobowy bar o nazwie Dumbo.
Serwują tutaj smaczne kanapki z szynką i serem za 70 peso oraz
owocowe koktajle z mlekiem za 60 peso. Chcemy odwiedzić miasto, w
którym urodził się dominikański tyran Trujillo. San Cristobal,
bo tak się nazywa to miejsce, oddalone jest o dwie godziny jazdy
autobusem ze stolicy. Bilet kosztuje 55 peso. W samym miasteczku główną
atrakcją jest Castillo del Cerro – rezydencja wybudowana
przez Rafaela Trujillo. Miał w niej zamieszkać, ale coś mu się
nie spodobało od samego początku i pałac pełni dzisiaj funkcję
muzeum. Mieści się tu także szkoła dla więźniów, którą można
zwiedzić za darmo. Warto zajrzeć na ogromny taras, z którego
rozpościera się wspaniały widok na San Cristobal. Innym miejscem
wartym uwagi w mieście jest małe Muzeum Rafaela Trujillo
prowadzone przez ekscentrycznego Dominikańczyka wielbiącego i sławiącego
tyrana. We własnym domu zebrał ogromną kolekcję zdjęć i różnych
przedmiotów związanych z jego życiem. Właściciel mówiący po
angielsku oprowadza po swoim domu i opowiada ciekawostki z życia
Trujillo. Opłata w postaci napiwku jest wystarczająca.
Po
powrocie do Santo Domingo spacerujemy po Maleconie. Deptak wzdłuż
Morza Karaibskiego przypomina trochę ten z Hawany. Wzdłuż niego
rozlokowały się knajpki z piwem i hotele. Litrowe piwo kosztuje tu
100 peso.
15
lipca
Taksówka
na drugą stronę miasta do Faro a Colon (Latarni Kolumba) kosztuje
200 peso. Wstęp do samej budowli kosztuje 100 peso. Warto tutaj
zajrzeć. Oprócz samego grobu Krzysztofa Kolumba znajduje się tu
interesująca ekspozycja przedmiotów z krajów Ameryki.
Po
powrocie do starego miasta można odwiedzić muzeum bursztynu Museo
Mundo de Ambar. Wstęp – napiwek. Wieczorem odpływamy do
Portoryko. Taksówka do portu kosztuje 150 peso.
22
lipca
Przypływając
z Portoryko do portu w Santo Domingo trzeba uiścić opłatę
turystyczną w wysokości 10 USD. Po wyjściu czekają już nachalni
taksówkarze żądający wygórowanych sum. Za przejazd do dworca
autobusowego firmy Caribe Tours zapłaciliśmy 250 peso. 200 peso
kosztuje bilet ze stolicy do La Vega. Chcąc dostać się do
miasteczka Jarabacoa musimy dojechać do miejsca skąd odjeżdżają
minibusy gua-gua. Taksówkarz za przejazd do tego właśnie miejsca
zażądał 150 peso. Nie mieliśmy wyboru, trzeba było zapłacić.
Gua-gua to już nieduży wydatek – 60 peso od osoby.
Jarabacoa
to ładnie położone miasteczko w górach. Znacznie tu chłodniej
niż na wybrzeżu i z tego powodu bogatsi obywatele pobudowali tutaj
letnie domki, z których korzystają w czasie urlopu.
Hotel
Plaza Central, w którym zatrzymaliśmy się, miał dość
przestronne pokoje z łazienkami. Było względnie czysto i cena była
przyzwoita – 500 peso za pokój dwuosobowy z wentylatorem.
Jedyną wadą okazała się bliskość placu centralnego, na którym
codziennie do późnych godzin nocnych młodzież bawiła się przy
akompaniamencie bardzo głośnej muzyki nie pozwalającej spać.
W
centrum znajduje się kilka restauracji i barów. Kilka z nich ma
naprawdę bogatą ofertę menu, ale ceny są wygórowane. Za smaczny
obiad składający się z kurczaka z grzybami na winie, zupy
warzywnej oraz piwa zapłaciliśmy 600 peso za osobę.
Jarabacoa
opisywana jest jako bardzo turystyczne miejsce, ale turystów nie
widzieliśmy praktycznie wcale.
Wieczorem
przy placu centralnym można znaleźć mała knajpkę serwującą
soki ze świeżych owoców za 20 peso i batidy (koktajle owocowe z
kruszonym lodem i mlekiem) za 30 peso.
23
lipca
Po
przymusowym nocnym słuchaniu ulicznej muzyki wyjeżdżamy rankiem
na dwóch motocyklach do pobliskich wodospadów. Chcemy jeszcze coś
zjeść, ale wszystkie knajpki są czynne od 9.00, robimy więc małe
zakupy w supermarkecie.
Cenę
za wycieczkę ustalamy na 600 peso od osoby za trzy godziny. Trasa
ma prowadzić do dwóch wodospadów – Salto Numero Uno i Salto
Numero Dos. Za wstęp do wodospadu Numer Dwa, bo od niego zaczyna się
wycieczka, trzeba zapłacić 30 peso od osoby. Wstęp do znacznie wyższego
(Numer Jeden) kosztuje 100 peso. Nasz sprytny przewodnik zna drogę
na skróty łączącą te dwa wodospady i pozwalającą nie płacić
wstępu do pierwszego wodospadu. Jest to dobre pół godziny
wspinania się w błocie i przedzierania przez gęste chaszcze.
Po
powrocie do miasta idziemy na obiad do wspomnianej wcześniej
knajpki koło placu centralnego (na rogu ulic Duvergee i Carmen),
gdzie za 60 peso można zjeść pyszną kanapkę z serem i szynką,
a za 50 peso napić się batidy. Drink z curacao kosztuje 60 peso.
24
lipca
Rankiem
wyruszamy do Sosua na północnym wybrzeżu wyspy. Gua-gua (minibus)
do La Vega kosztuje 60 peso od osoby oraz 30 peso za duży plecak.
Zatrzymuje się w centrum miasta, podczas gdy przystanek linii
autobusowych Caribe Tours jest przy drodze wylotowej. Taksówka pomiędzy
tymi dwoma punktami kosztuje nas 200peso. Autobusy ze stolicy na północne
wybrzeże kursują kilka razy dziennie, niektóre jadą do Puerto
Plata, inne zaś na wschód do Sosua i Cabarete. Są to z reguły
nowe pojazdy, bardzo wygodne i klimatyzowane. Bilet z La Vega do
Sosua kosztuje 180peso.
Sosua
to nieduże miasteczko, niecałe 50 tysięcy ludzi. Jest tu kilka
tanich hotelików, oferujących pokoje w przedziale 20-30usd. My
trafiamy do będącego w częściowym remoncie i droższego El
Colibri Resort. Ta szumna nazwa nie ma wiele wspólnego z bogatymi
hotelami znajdującymi się w innej części miasteczka, ale hotelik
jest bardzo ładny, posiada basen i restaurację ze smacznymi posiłkami.
Właścicielka jest Holenderką i po długich negocjacjach, biorąc
pod uwagę remont, zgadza się obniżyć cenę z 50 usd do 30 dolarów
za duży apartament z ładną łazienką. Śpimy jak królowie.
W
Sosua warto zobaczyć muzeum żydowskie Museo Judio de Sosua,
przedstawiające obecność i wkład Żydów w życie lokalnej społeczności.
Dominikana w 1938 roku była jedynym krajem oficjalnie przyjmującym
Żydów uciekających przed represjami nazistowskimi. Wstęp jest płatny
– 75 peso od osoby.
Po
południu można wybrać się na pobliskie plaże. W bezpośrednim sąsiedztwie
miasta są dwie – Playa Alicia i Playa Sosua. Ta pierwsza ma
krystalicznie czystą wodę i delikatny piasek. Nie ma tu bezpośredniego
dostępu z ulicy, więc trzeba przejść przez restauracje hotelu
The Casa Marina Beach Resort.
Wieczorem
korzystamy z hotelowej restauracji. Pyszne, sycące spaghetti z mięsem
i sosem pomidorowym kosztuje 120 peso. Batida ze świeżych ananasów
50 peso.
25
lipca
Śniadanie
w El Colibri składające się z dwóch jajek, dwóch bułek, masła,
dżemu, szynki i sera żółtego, soku pomarańczowego, kawy lub
herbaty kosztuje 120 peso.
Gua-gua
do Puerto Plata pokonuje trasę w około godzinę zabierając pasażerów
stojących przy drodze i kosztuje 100 peso. Samo miasto, zamieszkane
przez blisko 120 tysięcy ludzi, jest warte odwiedzin przynajmniej
na jeden dzień. Byliśmy w galerii bursztynów Galeria de Ambar
(wstęp 25peso/osoba), Fuerte de San Felipe (60peso/osoba) skąd
rozpościera się przepiękny widok na zatokę i morze.
Na
ulicznych straganach można dostać muzykę latynoską w
„oryginalnych” opakowaniach za około 100peso od płyty.
Wzdłuż
nadbrzeżnej promenady ulokowały się bary i restauracje. Puchar
lodów kosztuje 140 peso.
Wracamy
do Sosua.
26
lipca
Druga
plaża w mieście to Playa Sosua. Jest dużo węższa niż Playa
Alicia, ale za to bardzo długa. Wzdłuż niej rozlokowały się
dziesiątki barów i sklepików z pamiątkami. Warto się
przespacerować i porównać ceny, jeżeli planujecie tutaj zakupy.
Bardzo popularne są tu malowidła na płótnie, które można zwinąć
i schować w plecaku. Właściciele barów i restauracji
powystawiali stoliki na piasek tak, że można siedzieć sobie
wygodnie na biały piaseczku w cieniu palm oglądając wspaniały błękit
zatoki sącząc zimną pinacoladę podawaną w świeżym ananasie za
jedyne 200 peso.
Wieczorem
zmieniamy pokój w hotelu El Colibri i udajemy się wynegocjować
lepszą cenę – 25 usd za noc za pokój z wentylatorem (bez
klimatyzacji). W samym miasteczku Sosua nie ma wiele atrakcji, ale
można się przejść i pozaglądać do tętniących życiem barów
i dyskotek w centrum.
27
lipca - Samana
Chcemy
dojechać dzisiaj do miasta Samana, leżącego na półwyspie o
takiej samej nazwie. Rano po śniadaniu w El Colibri jedziemy taksówką
za 200 peso do stacji Publico (taksówek publicznych) przy Avenida
Rosen w pobliżu stacji TEXACO. Stąd taksówki odjeżdżają na
wschód. Ten transport publiczny to nic innego jak osobowe auto, do
którego kierowcy pakują 7-8 pasażerów. Przy takim obłożeniu
cena przejazdu do miasteczka Gaspar Hernandez to 50 peso. Wynajęcie
całego auta to koszt 250 peso. Z Gaspar Hernandez kursują gua-gua
do Rio San Juan. Przejazd to wydatek 50p na osobę. Dalej do Nagua
kierowcy minibusów żądają 100peso. W Nagua, z powodu świątecznego
dnia, czekamy dłużej. W końcu zjawia się gua-gua przepełniona
ludźmi po sam sufit. Za 100 peso od osoby znajduje się jednak
miejsce i dla nas. W Samana jesteśmy około 15.00.
W
miasteczku jest kilka tanich hotelików, ale najprzyjemniejszy
wydaje się Hotel Docia położony na wzgó
rzu. Po negocjacji z właścicielką
otrzymujemy pokój na drugim piętrze z łazienką za 700 peso. Na
pierwszej kondygnacji pokoje mają niższą cenę – 600 peso,
ale nie mają łazienki. Widok z tarasu na drugim piętrze warty
jest tej ceny. Przepiękna zatoka i promenada nadmorska leżą jak
na dłoni.
Kilkadziesiąt
metrów od naszego hotelu idąc w górę znajduje się chińska
restauracja. Kurczak w sosie słodko-kwaśnym – 195 peso, sałatka
z pomidorów i ogórkó
w – 100 peso, coca-cola
– 50 peso.
Wzdłuż
promenady wieczorami pojawiają się dostawcze auta przypominające
te z Polinezji Francuskiej zwane tam „Les Roulettes”.
Jedna strona takiego busa otwiera się i serwowane są różne posiłki
w przystępnych cenach. Nam przypadła do gustu pizza sprzedawana na
kawałki (35 peso) przygotowywana przez rodowitego Haitańczyka.
28
lipca – El Limon
Śniadanie
w jednym z barów to koszt 130 peso. Można zjeść gotowane banany
lub ziemniaki, warzywa albo kiełbasę z sosem. Trochę inaczej niż
w Europie, ale tak tutaj jedzą.
Do
wioski El Limon można dojechać transportem publicznym albo wynajętą
moto-rikszą. Cena to 400 peso w jedną stronę za dwie osoby. W
samej wiosce jest kilka gospodarstw wynajmujących konie. Za 700
peso dostajemy dwa wychudzone konie, dwóch młodych przewodników i
wyruszamy do wodospadu Cascada El Limon. Przy samym wodospadzie
pobierana jest opłata 50 peso od osoby. Po powrocie warto pomyśleć
o małym napiwku dla przewodników, gdyż są mizernie opłacani
przez właściciela koni. Wodospad wart jest takiego wydatku. Jest
przepięknie położony, a u jego stóp utworzył się naturalny
basen z krystalicznie czystą wodą, w którym można się kąpać.
Innymi
atrakcjami w regionie jest oddalona od brzegu o 7 kilometrów
wysepka Cayo Levantado albo leżący po drugiej stronie zatoki Park
Narodowy Los Haitises. Lokalne biura turystyczne organizują
jednodniowe wycieczki.
29
lipca – Bavaro
Cztery
razy dziennie odpływa prom z nabrzeża do miasteczka Sabana de la
Mar po przeciwległej stronie Zatoki Samana. Wypływamy pierwszą łódką
o 7.00 rano. Bilet kosztuje 150 peso. Zaczyna się burza i dość
mocno buja naszą łajbą. Na szczęście po pół godzinie silnego
deszczu burza odchodzi i pojawia się słońce. Około 8.30 przypływamy
do portu w Sabana de la Mar. Na molo czeka już autobus jadący do
stolicy. Za 80 peso możemy wysiąść po drodze w Hato Mayor, skąd
odjeżdża kolejny autobus do Higuey. Bilet to wydatek 115 peso. Chcąc
dostać się z Samana do Punta Cana, jak widzicie, trzeba się
przesiadać kilka razy. Można jechać bezpośrednio z Sabana de la
Mar do Santo Domingo i następnie do Punta Cana, ale zajmuje to więcej
czasu. Z Higuey odjeżdżamy do Bavaro za 110 peso. Przyjeżdżamy
na miejsce około 14.00. Samo Bavaro to bardzo rozległa wioska z
wieloma kurortami ogrodzonymi wysokimi murami. Oprócz tego i ładnej
plaży nie ma tu właściwie nic co mogłoby wzbudzić
zainteresowanie. Dla turystów z plecakiem nie jest to wymarzone
miejsce. Wszędzie jest daleko, a hotele są bardzo drogie. Nie mamy
jednak wyjścia, jutro lecimy do domu.
Pomiędzy
plażą a hotelami kursują drogie taksówki albo trochę tańsze motoconcho
czyli motorki. Cena za przejazd takim motorkiem to 50-100 peso w
zależności od odległości. Mamy do wyboru hotel Cayacoa za 1485
peso za pokój albo El Cortecito za 55usd. Wybieramy ten drugi. To
najwyższa cena jaką zapłaciliśmy do tej pory na Dominikanie, ale
komfort też jest najwyższy. Hotel położony jest blisko plaży,
posiada ładny basen, restaurację i bar . Pokoje mają telewizor,
lodówkę i klimatyzację. Jak dla plecakowiczów to zbytni luksus,
ale „nie narzekamy”, pewnie szybko się taki hotel nie
trafi na naszym szlaku.
Restauracje
mają zbliżone ceny, ale trudno znaleźć obiad za mniej niż 400
peso za osobę.
30
lipca – Odlot
W
cenę hotelu wliczone jest duże śniadanie. Coś w rodzaju bufetu
serwowane jest na stołach przy basenie. Można się najeść do
woli. Mnóstwo pieczywa, serów, wędlin, owoce, soki, kawa,
herbata, itp.
Popołudniu
odlatuje nasz samolot do Brukseli. Pakujemy się więc i próbujemy
złapać stopa na lotnisko. Niestety nikt za darmo nas nie zawiezie,
a pazerni kierowcy motorków żądają cen podobnych do tradycyjnych
taksówek. Na lotnisko jest ponad 10 kilometrów, więc z plecakami
wygodniej będzie autem. Ceny wyjściowe to 35-40 dolarów za kurs.
W końcu udaje się złapać taksówkarza, który zabiera nas za 27
usd. Bye, bye Dominikana!

































































© Tekst i zdjęcia Tomasz
Szymkiewicz
|