Informacje
podstawowe
Dane
pochodzą z lipca i sierpnia 2007, kiedy w Mozambiku panuje zima
czyli pora sucha. Jest to chyba najlepszy moment na podróż do tego
kraju. Na północy jest ciepło zarówno w dzień jak i w nocy, ale
wilgotność jest znacznie mniejsza niż w porze deszczowej. Na południu
zaś nocą bywa chłodno, ale za to nie ma ogromnej ilości komarów,
jaka czyha na człowieka w porze deszczowej.
Jak
dostać się do Mozambiku?
Droga
lądowa
Mozambik
graniczy od północy z Tanzanią i przejazd jest możliwy
aczkolwiek zajmuje to dużo czasu. Od zachodu granicę łatwo
przekroczyć można jadąc z Malawi (np. w Mandimba), z Zambii i
Zimbabwe. Od południa najłatwiej dostać się do Mozambiku z RPA,
skąd kursują regularne linie autobusowe.
Droga
morska
Aktualnie
nie ma żadnych regularnych morskich połączeń promowych z krajami
sąsiednimi.
Droga
powietrzna
Z
Europy do Maputo lata Air Portugal i narodowe linie Mozambiku LAM.
Loty są jednak drogie i taniej polecieć do Johannesburga w RPA i
do Maputo przejechać autobusem. Z europejskich lotnisk startują do
Johannesburga samoloty takich linii jak Air France, KLM, Lufthansa
czy British Airways.
Wizy

Każdy,
kto wybiera się do Mozambiku musi uzyskać wizę. Można to zrobić
w Ambasadzie tego kraju (w Polsce niestety nie ma takiej placówki,
najbliższa znajduje się w Berlinie - Stromstraße 47 tel. 030-39
87 65 00) lub na większości przejść granicznych. Innym sposobem
jest ubieganie się o wizę w krajach ościennych np. Malawi,
Tanzanii czy RPA, ale często łączy się to z kilkudniowym
oczekiwaniem i nie zawsze niższą opłatą. W trakcie naszej wizyty
w konsulacie Mozambiku w Blantyre w Malawi, udzielono nam
odpowiedzi, że okres oczekiwania na wizę jest nieznany i leży w
kwestii konsula. Ponadto często zdarza się, szczególnie w tym
konsulacie, że dostaje się wizę ważną np. 5 dni. Polecam, więc
przejścia graniczne.
Bezpieczeństwo
Dziś
Mozambik jest już krajem zupełnie bezpiecznym. Niektóre źródła
podają, że trzeba jeszcze uważać na miny, szczególnie w środkowej
części kraju. Dotyczy to tylko osób podróżujących z dala od
utartych szlaków i głównych dróg. Najlepiej zawsze zasięgnąć
rady u ludzi mieszkających w danej okolicy.
Maputo,
ze względu na swoje położenie blisko granicy z RPA, nie cieszy się
najlepszą opinią, ale na pewno jest bezpieczniejsze niż
Johannesburg czy Nairobi. Myślę, że zwyczajne środki ostrożności
stosowane w większości afrykańskich stolic zupełnie wystarczą.
Właściciele naszego hostelu ostrzegali przed spacerami po Avenida
Mariginal. Podobno zdarzały się napady. Przez trzy dni wałęsania
po stolicy nie poczuliśmy nigdzie atmosfery zagrożenia, jaką można
wyczuć w wielu południowoafrykańskich miastach.
Zdrowie
Zalecam
wizytę w Sanepidzie. Mają oni pełną listę szczepień zalecanych
dla wyjeżdżających w ten region.
Największym
zagrożeniem jest malaria. Tutaj nie ma jednoznacznych opinii, i
teorii jest wiele. Najlepiej zajrzeć na jakąś wiarygodną stronę,
np.: http://www.who.int/malaria/ i do lekarza specjalisty. My braliśmy
Lariam, ale to silny lek, którego wszystkim nie polecam. Alternatywą
jest, przyjmowana codziennie, doxycyklina lub drogi Malarone.
Pieniądze
Walutą
narodową Mozamabiku są Meticale. Najlepiej zabrać ze sobą
amerykańskie dolary, które w lipcu 2007 wymieniali po kursie 1USD
= ok. 25 meticali. Kursy w różnych miastach nie różniły się
wiele, maksymalnie o kilka dziesiątych meticala.
Opis
podróży
Kiedy
w 1974 roku w Portugalii reżim Salazara upadł nadeszła długo
wyczekiwana nadzieja na wolność Mozambiku i jego obywateli.
Portugalscy koloniści wyjechali z kraju praktycznie z dnia na dzień
zostawiając Mozambik pogrążony w chaosie, bez wykształconych
ludzi i sprawnej infrastruktury. Wtedy nad krajem zebrały się
czarne chmury. Wojna domowa trwała blisko dwie dekady i zniszczyła
praktycznie wszystko, co możliwe. Tysiące ludzi straciło życie,
inni wyjechali, gospodarka była w opłakanym stanie. W 1992 roku
pojawiła się nadzieja na pokój. Przez kolejne lata kraj
odbudowywał się i walczył o zmianę swojego wizerunku. Dzisiaj
Mozambik, mimo dużego ekonomicznego zacofania i naturalnych
kataklizmów, jest już miejscem spokojnym, do którego zjeżdża
coraz więcej turystów z całego świata. Warto zobaczyć to
miejsce zanim zamieni się w komercyjny lunapark podobny do
kenijskich plaż czy szybciej rozwijającego się turystycznie
Zanzibaru.

Kiedy
dotarliśmy na rowerowych taksówkach do granicznej wioski o dźwięcznej
nazwie Mandimba okazało się, ze owszem można otrzymać wizę na
tej granicy, ale chwilowo nie ma konsula. Celnicy zaczęli usilnie
dzwonić po swojego szefa, który jak nas poinformowano pojechał na
obiad do wioski i w niedługim czasie przyjedzie podpisać nasze
wizy. Obiad musiał być duży i smakować dobrze. Minęła godzina
zanim starszy pan przyjechał małym motorkiem parkując go na
piaszczystej drodze przed granicznym posterunkiem. Wszedł, pooglądał
nasze paszporty i podpisał wizy. Życzyli nam przyjemnej podróży.
Z wizą w paszporcie kraj stanął przed nami otworem.

Wjeżdżając
z Malawi do Mozambiku musimy pokonać ponad sto kilometrów wybojów
zanim dotrzemy do najbliższego miasta. Nie jest to duży dystans,
ale dotarcie do Cuamby, bo tak nazywa się to miasto, zajmuje ponad
5 godzin i kosztuje 150 meticali (1 USD = 25 meticali). Drogi są w
fatalnym stanie, a nawierzchnia asfaltowa praktycznie nie istnieje.
Cuamba nie posiada zbyt wielu atrakcji turystycznych, ale jest często
odwiedzanym miastem ze względu na fakt posiadania linii kolejowej.
Śpimy w małym hoteliku z restauracją o nazwie Sao Miguel z parą
Francuzów w 4 osobowym pokoju (650 meticali/pokój).
W
centrum zachowało się kilka portugalskich rezydencji stojących
wzdłuż ubitych, piaskowych uliczek. Trzy razy w tygodniu wyrusza
stąd pociąg jadący na wschód do Nampuli. To nie byle co.
Miasteczko ożywia się wtedy mocno.

Takie
widoki ogląda się jadąc cały dzień do Nampuli


Nampula
to już wielki świat. To już duże miasto jak na Mozambik. Są tu
asfaltowe ulice, banki, hotele i nawet jest kilka restauracji
przypominających europejskie jadłodajnie. Niestety na miano pięknego
miasta Nampula nie zasługuje w moim odczuciu. Godna uwagi jest tu
Katedra (Catedral de Nossa Senhora de Fatima).
Minusem
dla turystów z plecakiem jest brak taniego zakwaterowania. Jedną z
tańszych opcji jest Hotel Lurio. Płacimy 800 meticali za niezbyt
czysty pokój na drugim piętrze. Nie ma tu moskitier nad łóżkami,
więc rozbijamy sobie namiot i stawiamy go na złączonych łóżkach.
Wygląda to śmiesznie, ale chroni przed moskitami, których tu nie
brak.
Kontynuując
podróż na wschód, po przejechaniu około 200km lokalnym minibusem
(150m za osobę) zwanym tu „chapa” (czytaj szapa)
docieramy do Wyspy Mozambique. Miejsca pięknego i tajemniczego.


Niestety
stan techniczny busów nie jest najlepszy...
Wyspa
mierzy tylko 3 kilometry na długość i ma niecałe 500 metrów
szerokości. Jest wpisana na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO,
ale mimo to tłumów tu nie znajdziecie. I dobrze. W przeszłości
Ilha de Mocambique odgrywała ważna rolę w życiu Wschodniej
Afryki. Portugalczycy ustanowili tu stolicę swojego terytorium.
Wyspa straciła na znaczeniu dopiero pod koniec 19-tego wieku, kiedy
stolicę przeniesiono do Maputo. Arabscy handlarze, portugalscy
kolonizatorzy i afrykańscy niewolnicy przewinęli się przez wyspę
pozostawiając po sobie ślady swojej bytności.
Dzisiaj
wyspa jest połączona z lądem 3,5 kilometrowym mostem wybudowanym
w 1967 roku. Woda pitna doprowadzana jest rurociągiem z pobliskiego
brzegu, gdyż na wyspie nie ma studni.
Wyspa
ma niesamowity klimat i charakter. Nie ma tu praktycznie żadnego
ruchu kołowego, a przechodnie suną po ubitych piaskowych
uliczkach, wzdłuż których ciągną się w większości zaniedbane
kolonialne budyneczki.

Basen w
hotelu O Escondidino
Wart
odwiedzenia jest Palacio de Sao Paolo, Fortaleza de Sao Sebastiao i
według mnie hotelik O Escondidinho, w którym właściciele urządzili
małą restaurację i basenik. Można rzucik okiem na Hinduską Świątynię
i świeżo odmalowany na zielono meczet.
My
zatrzymaliśmy się w małym, ale przytulnym prywatnym domku Casa de
Luis, gdzie na klepisku rozbić można kilka namiotów (100m za osobę).
Właścicielka posiada także kilka pokoików, które wynajmuje
turystom. Jest czysto i nad łóżkami wiszą moskitiery. Samemu
trafić nie jest tu łatwo, ale zapytajcie jakiegokolwiek małego chłopca
biegającego po uliczkach, a każdy Was z chęcią tam zaprowadzi.
Dla
podróżników z namiotem inną opcją jest usytuowany przed wjazdem
na most od strony lądu kemping Casuaria Camping.
Dla
amatorów pływania polecam ładną plażę na północnym krańcu
wyspy koło Fortu lub wspomniany Hotelik O Escondidinho. Tam jednak
trzeba zapłacić za korzystanie z basenu 100 meticali.
Jeżeli
chodzi o jedzenie, to trafiliśmy na ciekawą lokalną restauracją,
zaraz obok boiska do piłki nożnej, gdzie żona właściciela
przygotowuje codziennie świeże posiłki. Za 70 meticali można
dostać cały talerz krewetek z ryżem lub frytkami. 28 Meticali
kosztuje duże piwo.




Kobieta
z upiększającą maseczką musiro

Generalnie
Wyspa Mozambique jest bezpieczna i można bez większych problemów
spacerować po głównych uliczkach po zachodzie słońca. Właśnie
wtedy można poczuć prawdziwą atmosferę wyspy, kiedy mieszkańcy
wychodzą ze swoich domów, wzdłuż uliczek ustawiają się
sprzedawcy świeżo upieczonych bułek i przeróżnych owoców. Każdy
ma przy sobie lampę naftową, co tworzy niesamowity obraz. Ludzie
dyskutują i opowiadają, co przydarzyło im się przez cały dzień.
Na
zwiedzenie Wyspy wystarczy teoretycznie dzień lub dwa, ale jeżeli
ktoś dysponuje większą ilością czasu to polecam zostać tu dłużej.
My niestety musimy opuścić to piękne miejsce wczesnym rankiem,
około 4 rano, aby zdążyć do krzyżówki w Namialo (50 meticali),
gdzie można złapać jeden z dwóch autobusów, które przejeżdżają
tędy codziennie rano w kierunku Pemby. Jeden jedzie z Nacali, drugi
wyrusza z Nampuli.W Namialo zatrzymują się około 6 -7 rano. Bądźcie
na krzyżówce jak najwcześniej, bo w przeciwnym wypadku czeka Was
powrót do Nampuli albo koczowanie gdzieś w Namialo.


Do
Pemby daleko nie jest, ale jedzie się długo, jak wszędzie północnym
Mozambiku. Droga na szczęście w większości pokryta jest
asfaltem. Jedynym minusem jest tłok w autobusach. Ponad połowe
drogi staliśmy ściśnięci koło kierowcy. Dopiero za miejscowością
Alua trochę ludzi wysiadło i zrobiło się luźniej.
Do
Pemby dotarliśmy po 14.00. Miasto pełni rolę stolicy prowincji
Cabo Delgado i położone jest na piękna zatoką Baia de Pemba. Jeżeli
planujecie odwiedzić Archipelag Quirimbas to jest to najlepsze
miejsce do zatrzymania się na kilka dni przed wyruszeniem na wyspy.
My, ze względu na posiadanie namiotu, ulokowaliśmy się na
kempingu Russels Place. Położony jest on trochę na uboczu, ale za
to jest taniej. Kasują 150 meticali za osobę w namiocie i
wieczorami serwują bardzo smaczne jedzenie (150 m). Można dojechać
tu taksówką z centrum za 150 meticali.

Taksówka
Senora Jose

Odrobina
luksusu podobno nie szkodzi...

Po
drodze mija się długą, piaszczystą plażę Wimbi i majestatyczny
hotel Pemba Beach Resort, gdzie można skorzystać z basenu za 200
meticali na osobę za cały dzień i zjeść pyszny obiad z owoców
morza (200 meticali).

Plaża
Wimbi
Jeżeli
planujecie wypad na wyspy Archipelagu Quirimbas i macie trochę
grubsze portfele to polecam odwiedzić biuro Kazskazini, znajdujące
się przed wejściem do wspomnianego wyżej hotelu. Nie liczcie na
żadne promocje. Ceny w przewodniku Lonely Planet kompletnie nie
zgadzają się z rzeczywistością. O safari na wyspy za 150 dolarów
nigdy nie słyszeli. Kosztuje to znacznie więcej. Można rozważyć
lot na wyspę Ibo. Oferowana przez nich cena to 100 dolarów w jedną
stronę z Pemby. Oszczędza to cały dzień telepania się na ciężarówce
i dostarcza podobno niesamowitych przeżyć związanych z oglądaniem
wysp z lotu ptaka.
Jeżeli
już ktoś dotarł do Pemby to zdecydowanie powinien odwiedzić
wyspy Quirimbas. Najłatwiej i najtaniej dostać się na największą
wyspę Ibo. Wraz z wyspami Quirimba, Matemo, Rolas i paroma innymi
tworzą Park Narodowy Quirimbas. Wstęp pobierany jest w dość
dziwny sposób. Jeżeli śpi się pod namiotem, tak jak my, trzeba
czekać aż pan jeżdżący po wyspie Ibo na rowerze znajdzie nas i
skasuje 100 meticali od osoby. Nas nie znalazł ani myśmy go nie
znaleźli. Dziwne, bo zapłacić chcieliśmy.
Dotrzeć
na wyspę Ibo korzystając z transportu publicznego łatwo nie jest.
Trzeba wstać około 2 w nocy i udać się do miasta w miejsce skąd
odjeżdża jedna chapa dziennie do wioski Quissanga. Taksówkarz bez
problemu znajdzie owe miejsce. Zresztą kierowcy chapy jeżdżą po
mieście, robiąc kilka kółek, zbierając pasażerów. Jak już ciężarówka
jest PEŁNA, podjeżdżamy na stację benzynową, tankujemy i wyjeżdżamy.
Pełna w Mozambiku oznacza bardzo pełna. Wypełniona po brzegi ludźmi,
zwierzętami i innymi towarami, bez których pasażerowie nie wyobrażają
sobie jazdy. Podróżujemy, więc z kurami, gołębiami, ryżem,
bananami, papajami i wszystkimi owadami, które skrzętnie poukrywały
się w owocach i innych towarach. Aha, zapomniałem dodać, że na
ciężarówce jadą jeszcze dzieci. To osobna kategoria. Dzieci
traktuje się dość przedmiotowo tutaj. Nie są liczone jako pasażerowie,
więc nie ma dla nich miejsc siedzących. Nie ma też stojących czy
leżących. Z reguły trzymane są na kolanach jednego z rodziców
albo przywiązane są chustą na plecach mamy.
Kiedy
nasza ciężarówka ugina się już pod ciężarem wszystkiego co do
niej zostało wepchane, ruszamy na północ. Przez pierwsze
kilkadziesiąt minut droga pokryta jest asfaltem, ale potem zaczyna
się już ubita, podziurawiona nawierzchnia, przejezdna chyba tylko
w porze suchej. Do Quissangi jedzie się ponad 5-6 godzin i jest to
męcząca podróż. Kiedy dotarliśmy do celu byliśmy naprawdę zmęczeni.
Jeżeli powiecie wcześniej kierowcy, że chcecie jechać na Ibo ciężarówka
pojedzie kilka kilometrów dalej na północ od Quissangi do wioski
Tandanhangue. Stąd, w trakcie przypływu zabierze Was łódka z żaglem.
Na taki wynalazek, bez silnika, mówi się tu barco
con vela. Cenę przejazdu na wyspę negocjuję się z kapitanem.
My zapłaciliśmy po 50 meticali. O czas podróży lepienie pytać.
Chyba nigdy się nie zgadza ze stanem faktycznym. Ja otrzymałem
odpowiedź, że dzisiaj mamy bardzo sprzyjający wiatr i dopłyniemy
w godzinę. Na Ibo dotarliśmy za trzy godziny.

Trzeba się
spieszyć, bo woda opada w trakcie odpływu

Nasza barco
con vela wyrusza na Ibo
Warto
się cały dzień pomęczyć, podskakując na dziurach, żeby
zobaczyć to miejsce, gdzie Portugalczycy XV wieku Portugalczycy
dotarli zastając muzułmańskich handlarzy. W połowie osiemnastego
wieku wyspa Ibo służyła jako baza handlu niewolnikami.



Ibo
nie ma pięknych plaż, chociaż ta przy małym pomoście nadaje się
do kąpania w trakcie przypływu, ale za to ma niesamowity klimat
przypominający trochę ten na Ilha de Mozambique. Architektonicznie
jednaj różni się trochę. Jest bardziej zaniedbana i
spokojniejsza.
Miejsc,
gdzie można coś zjeść nie ma zbyt wielu na wyspie, ale polecamy
Restaurante das Quirimbas, gdzie ryba z ryżem i pysznym sosem
kosztuje 100 meticali.
Jeżeli
oczekiwaliśmy plażowego raju, to nie zawiedziemy się. Musimy
wynająć motorową łódkę (można to zrobić w Ibo Island Lodge
za około 900 meticali za pół dnia) i popłynąć na wyspę
Quilaluia albo rano, zanim woda się podniesie na wyspę Matemo. Właściwie
pomiędzy wyspę Ibo i Matemo, gdzie w trakcie odpływu odsłaniają
się piaskowe wysepki. Widoki są niesamowite.


Baza
noclegowa na wyspach jest bardzo ograniczona. Większość stanowią
drogie lodże oferujące noclegi w luksusowych warunkach za kilkaset
dolarów za noc. Obecnie tylko wyspa Ibo oferuje tańsze
zakwaterowanie. Najkorzystniej chyba spać w domach lokalnych. Znajdą
Was od razu jak wysiądziecie z łódki.
Byliśmy
już za bardzo zmęczeniu mozambickim transportem, żeby jechać
kolejne trzy dni od rana do wieczora w ścisku do Beiry położone w
środkowej części kraju. Za 2840 meticali udało się nam kupić
bilet na przelot narodowymi liniami LAM z Pemby do Beiry. Oczywiście
z Quissangi do Pemby musieliśmy powtórzyć znajomą już nam podróż
po wybojach.
Na
szczęście w samolocie, którym mieliśmy lecieć nie było kur, gołębi
i setek tobołków. Akurat w ten dzień do Pemby przyleciała ważna
rządowa delegacja z Maputo i podstawiono nam nowiutkiego boeinga
737-200. Zapachniało Europą. Nawet dostaliśmy coś do jedzenia,
ale zwyczajem mozambickim spóźniliśmy się do Beiry o trzy
godziny.

Grupa
muzyczna wita delegację rządową z Maputo
Beira
pięknością nie grzeszy, ale jest duża jak na mozambicką
rzeczywistość. To drugie największe miasto w całym kraju. Już
na wisus, po wylądowaniu widać różnicę w architekturze i
standardzie życia. Beira to już raczej bogatszy, południowy
Mozambik. Wyższe bloki, szersze, asfaltowe ulice i nocne życie.
Tego na północy nie ma.
Ulokowaliśmy
się w pełnym komarów, ale centralnie położonym hotelu Savoy.
Pokój dwuosobowy bez łazienki kosztował 600 meticali.
Wcześnie
rano, około 5, odjeżdża minibus do Vilankulo. Najlepiej kupić
bilet dzień wcześniej (350m), bo rano mogą być problemy z
miejscem. Podróż zajmuje 9-10 godzin.
A
po co przyjechać do Vilankulo? Po pierwsze, żeby odpocząć po
trudach podróżowania w północnym Mozambiku. Po drugie i chyba
najważniejsze, żeby zobaczyć cudowny Archipelag Bazaruto.
Podobnie
jak w przypadku Quirimbas, na wyspach Bazaruto nie ma tanich noclegów.
Większość turystów zatrzymuje się w Vilankulo, które jest dobrą
bazą wypadową na wyspy.
Zatrzymaliśmy
się w Zombie Cucumber Backpackers i nie żałujemy. Wspaniałe
miejsce do odpoczynku. Kilka małych chatek (700 m za dwie osoby) i
jedna większa przeznaczona na dormitorium. Do tego przytulny bar z
restauracją i mały basenik z krystalicznie czystą wodą. Mili właściciele
z Anglii, przyrządzający pyszne jedzenie codziennie wieczorem
przesiadują i rozmawiają z gośćmi. Dla nas miejsce wymarzone.
Rezerwacji nie robią, ale można zadzwonić w przeddzień przyjazdu
i zapowiedzieć się. Jeżeli akurat będzie coś wolnego to na
pewno zatrzymają to miejsce. Teren, na którym wybudowali domki
jest położony zaraz przy plaży. Od wody dzieli je tylko piaskowa
droga ciągnąca się przez całą wioskę.
W
restauracji zamówić sobie śniadanie (40 -105 meticali), kanapki
(60-95m), piwo (45m) lub dużą kolację (180-190m)
Najłatwiej
i chyba najtaniej zobaczyć wyspy można wykupując jednodniowe
wycieczki w lokalnych firmach posiadających łodzie z żaglem i
motorowe. Najbliżej jest na wyspę Magaruque. Tutaj można
skorzystać z usług firmy Sail Away, która posiada tzw motor dhow
czyli łodkę z żaglem wyposażoną dodatkowo w silnik. Żagiel właściwie
używany jest tylko, gdy sprzyja wiatr. Za całodniową wyprawę
obejmującą transport na wyspę i z powrotem, sprzęt do
snorkelowania i lunch trzeba zapłacić 50 dolarów na osobę. Ceny
w firmach konkurencyjnych są identyczne.
Chcąc
zobaczyć wyspę Benguera i Bazaruto trzeba popłynąć szybką łódką
motorową. Moim zdaniem warto wydać kolejne 50 usd (bo tyle to
kosztuje) aby ponurkować na rafie dwumilowej (2 mile reef), wspiąć
się na wydmę na wyspie Bazaruto i zobaczyć skaczące przy
pontonie delfiny.
Tym
razem wybraliśmy firmę Odyssea Diving.


Plaża na
wyspie Magaruque


Widok z
wydmy na wyspie Bazaruto. W tle widoczna wyspa Benguera.


Firma
Sail Away jest właścicielem łodzi, na której można nocować i
oferują oni kilkudniowe safari pomiędzy wyspami, ale w trakcie
naszego pobytu łódź była w remoncie.

Salon
fryzjerski przy głównej ulicy
Droga przy plaży
Samo
Vilankulo jest cichym, uśpionym miastem. Zabudowania są
porozrzucane na obszarze kilku kilometrów, co wymaga długich
spacerów, gdy chcemy zobaczyć poszczególne części miasteczka.
Wybrzeże Vilankulo wygląda dzisiaj trochę przygnębiająco. W
lutym zostało nawiedzone przez silny cyklon, który zniszczył większość
zabudowań przy plaży, połamał drzewa i pozrywał linie
energetyczne. Nie wszystko zostało odbudowane.
Dla
szukających większego luksusu polecam hotelik Smugglers lub Aguia
Negra Lodge. Obydwa mają baseny, ale cenią się znacznie bardziej
niż nasz spokojny Zombie Cucumber. Smugglers ma trochę angielski
charakter z podawanymi w restauracji angielskimi śniadaniami. Do
tego można posiedzieć tu w tzw. Sports Bar, gdzie pokazują mecze
ligi angielskiej, a w rogu stoi stół do bilarda.

Aguia
Negra Lodge
To
już koniec wizyty w przyjaznym Vilankulo. Około 4 rano odjeżdża
kilka autobusów do Maputo. Przyjdźcie na postój co najmniej
godzinę wcześniej. Nasi znajomi nie zostali zabrani, gdyż
przyszli za późno i autobus był pełny. Jazda na południe do
stolicy nie przypomina już trudów podróżowania na północy. Każdy
ma swoje miejsce i nie trzeba trzymać plecaków na kolanach. Bilet
kosztuje 450 meticali na osobę.
Po
dziewięciu godzinach jazdy ukazuje się przed nami panorama
stolicy. Miła para Francuzów, wracających z wolontariatu, podwozi
nas do Fatima Backpackers, gdzie rozbijamy na betonowym balkonie
nasz namiot za 150 meticali na osobę. Hostel Fatami`s mieści się
przy ulicy Mao Tse Tung 1317. Kilkaset metrów dalej w knajpce New
York Pizza można coś zjeść i skorzystać z Internetu za 40
meticali za godzinę.
W
stolicy ceny już są trochę wyższe niż na prowincji. Dwie papaje
kosztują 35 meticali.

Maputo
nie zaliczyłbym do grupy pięknych miast na świecie, ale warto poświęcić
na spacer dzień lub dwa. Na pewno godny uwagi jest budynek stacji
kolejowej. Stacja jest do dziś dnia czynna, ale nie oczekujcie tu
dużego ruchu. Warto spojrzeć na Praca de Independencia, gdzie
wznosi się ogromna, biała katedra (Catedral de Nossa Senhora da
Conceicao.

Portugalski
fort zbudowany w 19 wieku można odwiedzać za darmo, ale od 12.00
do 14.00 jest przerwa.
Idąc
aleją Avenida Juluis Nyerere możecie zatrzymać się przy
majestatycznym hotelu Polana. Ma piękny basen, ale niestety tylko
do korzystania dla gości hotelowych.
Jak
lubicie targi to polecam Mercado Municipal, gdzie można pooglądać
świeże ryby i dziesiątki innych towarów. Podobno lepszy jest
Mercado de Peixe, ale jest usytuowany dość daleko od centrum zaraz
przy Avenida Mariginal jadąc w strone Costa do Sol.
Wracamy
zmęczeniu wieczorem do naszego hostelu. Przy recepcji jest mały
bar, gdzie można za 35 meticali napić się piwa.

Dostać
się do Maputo z RPA albo z niego wyjechać w kierunku Johannesburga
można na kilka sposobów. Jest kilka linii autobusowych, np.
Greyhound (www.greyhound.co.za,
przy Avenida Carol Marx 12 42), które oferują przejazd do
Johannesburga z przystankiem w Nelspruit dużymi, komfortowymi
autobusami. Bilet do Johannesburga kosztuje 220 południowoafrykańskich
randów na osobę. Niektóre firmy np. Dana Tours przy Avenida Mao
Tse Tung 729 oferują transport do Johannesburga małymi busami.
Podróż trwa około godziny krócej, a cena jest podobna.
©
Tekst i zdjęcia Tomasz Szymkiewicz
|