|
Malawi 2007 - mały
kraj nad jeziorem

Informacje
podstawowe
Jak
dostać się do Malawi?
Droga
powietrzna
British
Airways lata raz w tygodniu do Lilongwe. Bilety są drogie, więc warto rozważyć
lot przez Johannesburg w RPA lub Nairobi w Kenii. Alternatywą jest też lot do
Dar es Salam (np. Swiss`em, który ma często atrakcyjne ceny) i dalej lądem
przez most na rzece Songwe do Malawi.
Droga
lądowa
Z
Zambii łatwo można dostać się przekraczając przejście graniczne jakieś
30km na wschód od zambijskiej Chipaty. Po stronie malawijskiej z Mchinji odjeżdżają
minibusy do Lilongwe.
Z
Mozambikiem Malawi ma kilka przejść granicznych. Jeżeli jedziemy z
mozambickiej Cuamby to najwygodniej jest przekraczać granicę w Mandimba, gdzie
kursują rowerowe taksówki do malawijskiej woski Chiponde. Z Chiponde kursują
regularne minibusy do Mangochi.
Droga
wodna
Stary
malawijski statek Ilala kursujący po
jeziorze Malawi zawija do mozambickiej Metanguli. Nie ma żadnych regularnych połączeń
promowych z Tanzanią.
Wiza
Obywatele
Polscy niestety potrzebują wizy. Warto uzyskać ją przed przyjazdem do Malawi,
bo unikniemy wtedy niepotrzebnych dyskusji z celnikami na granicy i prób
wymuszenia łapówki. Kiedy przyjechaliśmy na granicę zambijsko –
malawijską poinformowano nas, że musimy wrócić do Lusaki po wizę. Kiedy
byliśmy w Lusace ambasada Malawi zamknięta była do odwołania. Wniosek jest
taki, że lepiej załatwić jest wizę przed wyjazdem lub czekać w ambasadzie w
którymś z sąsiadujących krajów.
Alternatywą
jest uzyskanie kilkudniowego warunkowego pozwolenia na wjazd do kraju. Można je
otrzymać na granicy, tak jak to było w naszym przypadku, ale często wymaga to
„dodatkowego wsparcia” Pozwolenie takie daje możliwość wjazdu do
kraju i kilka dni na to by dotrzeć do urzędu imigracyjnego i tam uzyskać właściwą
wizę.
Bezpieczeństwo
Malawi
ma opinię bezpiecznego kraju. W większych miastach trzeba zwrócić uwagę na
kieszonkowców. Napady z bronią są rzadkością. W Lilongwe czy Blyntyre nie
radziłbym spacerów po nocy, ale w dzień jest zupełnie spokojnie i w porównaniu
z Lusaką w sąsiedniej Zambii zaryzykowałbym stwierdzenie, że stolica Malawi
jest bardziej „wyluzowana” i bezpieczniejsza.
Zdrowie
Oprócz
standardowych szczepień zalecanych przez sanepid i profilaktyki antymalarycznej,
w Malawii trzeba zwrócić uwagę na chorobę o nazwie bilharzia. Inna nazwa to
schistosomiasis. Jest to niemiła choroba, niszcząca organy wewnętrzne,
przenoszona przez małe ślimaki żyjące w słodkowodnych zbiornikach. Dlatego
przed kąpielą w Jeziorze Malawi trzeba zasięgnąć wiarygodnej informacji na
temat obecności choroby na danym terenie. Podczas naszego pobytu w Cape Maclear
próbowaliśmy to ustalić, ale każda z zapytanych osób miała inne zdanie.
Nie kąpaliśmy się, aczkolwiek widzieliśmy turystów pływających przy plażach.
Pieniądze
Walutą
w Malawi jest malawijska kwacha (czyt. Kuacza) - MK. W lipcu 2007 za jednego
amerykańskiego dolara płacono od 140 ( w banku) do 156 MK (na ulicy). Euro czy
brytyjskie funty też można wymienić, ale dolar jest bardziej ceniony.
Z dziennika podróży
Kilkadziesiąt
metrów dzieli budynek zambijskiego posterunku granicznego od jego malawijskiego
odpowiednika. Żegna nas duży napis „Corruption Free Zone” Uśmiechnięci
maszerujemy do malawijskiej budki. Celnicy witają nas uśmiechem. Podajemy
paszporty i szybko okazuje się, że jest coś nie tak. Celnicy dyskutują i z
poważnymi minami oświadczają, że niestety musimy wrócić do Lusaki po wizy.
Nie, nie. Nie mamy tyle czasu. Uśmiech się pojawił ponownie na twarzy
jednego z młodych celników kiedy oznajmił nam, że istnieje możliwość
wystawienia „specjalnego dokumentu” za „dodatkową opłatą”,
który da nam trzy dni na dotarcie do Urzędu Imigracyjnego w Lilongwe i
uzyskanie wizy. Dyskusja trwała jakieś dwadzieścia minut i w końcu udało się
przekonać naszych „dobroczyńców” do wpuszczenia nas do kraju...
Zaraz
za granicą stoją zbiorowe taksówki jadące do Mchinji. Cena to 200 kwacha za
osobę. Czekamy na pasażerów, ale robi się coraz później, a ruchu nie ma w
ogóle. Ostatecznie decydujemy się zapłacić po 400 kwacha i za kilkanaście
minut jesteśmy w Mchinji przy busie, który ma nas zabrać do Lilongwe. Tutaj
ruch już większy. Mały targ, naprzeciwko hotelik, kilka sklepików z owocami
i kartami telefonicznymi. Wioska żyje. Ponad godzinę trwało czekanie na
wszystkich pasażerów. Jak minibus był pełny po brzegi ruszyliśmy w kierunku
stolicy. Kiedy dojeżdżaliśmy do Lilongwe było już zupełnie ciemno. Na
kemping przy Lilongwe Golf Club dotarliśmy po 20.00. Rozbicie namiotu kosztowało
840 MK za dwie osoby. Mają tam małą restaurację, gdzie można coś zjeść i
napić się piwa. Na ogrodzonym polu kempingowym są ciepłe prysznice. To duży
plus, bo noce w lipcu są chłodne.
Poranna
wizyta w urzędzie imigracyjnym okazuje się bardzo owocna. Wizę, której nie
otrzymaliśmy na granicy można uzyskać tutaj i to po trochę niższej cenie.
Urzędnik chyba nas polubił, bo kiedy dowiedział się, że jesteśmy Polakami
polecił nam wizytę w ośrodku Don Bosco. To szkoły prowadzone przez księży
Salezjanów wśród, których jest nasz rodak ksiądz Paweł.


Kaplica w Don Bosco
Przywitał
nas po królewsku. Polski obiad z zupą pomidorową, spacer po budynkach
szkolnych i na koniec wycieczka po stolicy.



Krawcowa i jedna z nauczycielek


Ulice Lilongwe


Żeby
tego było mało, zadzwonił do znajomych woluntariuszek pracujących w
miasteczku Balaka i umówił nas na wieczorną wizytę w ich szkole. Podwiózł
nas na rogatki Lilongwe i umieścił w jednym z jadących do Balaki minibusów.
Wspaniały dzień w Malawi. Serdeczne dzięki dla księdza Pawła!!!
Kiedy
wysiadaliśmy po ciemku z zatłoczonego minibusa Basia i Ewa czekały już na
nas. W ośrodku sióstr Kanosjanek, gdzie woluntariuszki pracują mieliśmy spędzić
noc. Dziewczyny poczęstowały nas kolacją i otrzymaliśmy osobny pokój z łazienką.
Luksus!!!. Poznaliśmy także dwie przemiłe koleżanki Basi i Ewy, które także
przebywają w Malawi na wolontariacie. Jedna pochdzi z China, a druga
„Mama” z Malezji. Pozdrowienia dla „Mamy”!!! Miło
wspominać będziemy wieczór pełen opowieści o latających na dywanach
malawijczykach, o pracy z młodzieżą i życiu w Malawii.
Rano
zwiedzamy sale lekcyjne, bibliotekę i sekretariaty. To już niestety koniec
wspaniałej wizyty w ośrodku sióstr Kanosjanek. Ewa odwozi nas na postój
minibusów. Dziękujemy dziewczyny!!!

Ania z Basią i Ewą. Dzięki dziewczyny!!!

Pierwsza od prawej to
"Mama" Pozdrowienia!!!

Kościół
w Balace

Nasz,
jak zwykle wypełniony po dach, minibus dociera do Blantyre przed 14.00. Bilet
kosztuje 380 MK za osobę. Blisko dworca, na którym zatrzymują się autobusy
znajduje się znany kemping Doogles. Czas nas trochę goni, więc bierzemy taksówkę
do mozambickiego konsulatu znajdującego się rzekomo w siostrzanym mieście
Limbe, łączącym się praktycznie z Blantyre. Okazuje się, że adres podany w
przewodniku LP jest już nieaktualny i musimy wracać kilka kilometrów do
centrum Blantyre. Taksówkarzowi za tą przyjemność płacimy aż 2000MK. Teraz
konsulat mozambicki znajduje się obok Hotelu Mount Soche, w samym centrum
miasta. Wizyta u konsula okazuje się bezowocna. Po pierwsze jest jakieś święto
państwowe, więc nie ma mowy o przyjmowaniu interesantów, a po drugie pani na
recepcji poinformowała nas, że i tak nie wiadomo czy i na jak długo
dostaniemy wizę. Ciężko jej było również określić koszt takiej wizy. Po
przemyśleniu sytuacji stwierdziliśmy, że lepiej będzie stawić czoła
mozambickiej biurokracji na granicy, a nie tutaj.

Centrum
Blantyre


Popołudnie
poświęciliśmy na zwiedzenie zakładu „recyklingu” papieru, z którego
podobno Malawijczycy są bardzo dumni. PAMET, bo tak się to miejsce nazywa,
okazał się być małym domkiem, w którym pracuje kilka osób przy sortowaniu
i przetwarzaniu papieru. Warto tu zajrzeć; wstęp kosztuje 100MK i można na
koniec wizyty zakupić papierowe pamiątki.

W
Blantyre, które na pierwszy rzut oka wydaje się ciekawsze i bardziej żywe niż
Lilongwe, jest kilka supermarketów w których można się zaopatrzyć na dalszą
drogę. Piwo 0,3l kosztuje 70MK, mały jogurt – 70MK, bułka – 17MK.


Po
wizycie w dużym mieście przyszedł czas na odpoczynek nad jeziorem. I to nie
byle jakim; jeziorem Malawi. Minibus z Blantyre do Monkey Bay kosztuje 750MK za
osobę. Podróż jest tym razem naprawdę długa i męcząca, ale co się nie
robi by ujrzeć magiczne wody jeziora Malawi. Z Monkey Bay nie ma już
asfaltowej drogi prowadzącej nad jezioro tylko ubita, gruntowa droga pełna
dziur. Trasę tą pokonać trzeba na ciężarówce, która wozi mieszkańców do
wiosek leżących wzdłuż jeziora. Chcemy dotrzeć do Półwyspu Maclear, gdzie
znajduje się wybrany przez nas kemping. Kierowca ciężarówki zażądał 200
kwacha od osoby.

Wyjścia
za bardzo nie ma, więc przystajemy na jego propozycję. Droga do jeziora
prowadzi przez ciekawe tereny, z których większość leży już w granicach
Parku Narodowego Jeziora Malawi. Teren jest pagórkowaty porośnięty wyschniętą
trawą i niskimi krzewami. Gdzieniegdzie wyrastają ogromne baobaby. Po niecałej
godzinie jazdy docieramy do Chembe Eagle Nest, gdzie za 6 USD możemy rozbić
namiot nad samym brzegiem jeziora, na trawie, kilka metrów od piaszczystej plaży.
Kemping jest położony w pięknym, spokojnym miejscu na końcu drogi wiodącej
wzdłuż linii brzegowej półwyspu. Na odpoczynek to miejsce idealne. Właściciel
z RPA wybudował kilka małych domków, urządzonych bardzo luksusowo. Do
dyspozycji gości jest także restauracja i mały bar, gdzie piwo 0,33 l
kosztuje 120 kwacha, 800 – 1000 kwacha trzeba zapłacić za duży
obiad.







W
sąsiadującej z kempingiem wiosce można kupić świeżo złowione ryby (350MK
za dużego suma), które smakują wyśmienicie upieczone na dostępnym na
kempingu grillu. Drewno we wsi kosztuje 200MK za kilka sporych kawałków,
pomidory 40MK za sztukę.
W
pobliżu Półwyspu Maclear znajduje się kilka małych wysepek wartych
eksploracji. Linia brzegowa też zasługuje na poświęcenie jej trochę czasu.
Na kempingu codziennie zjawiają się właściciele łodzi motorowych oferujący
swoje usługi. Po negocjacjach udaje się nam wynająć łódź na pół dnia za
6000 MK. Ustalamy trasę i płyniemy. Przy Wyspie Domwe można obserwować orły
polujące na ryby, ponurkować obserwując kolorowe pielęgnice, a dalej przy ujściu
rzeki spotkać się z wynurzającymi nozdrza z wody hipopotamami. W drodze
powrotnej zatrzymujemy się, żeby przespacerować się do grobów szkockich
misjonarzy i pooglądać życie w wioskach.




Kemping Chembe Eagle
Nest widziany z pobliskiego wzgórza





Chłodny poranek w
Monkey Bay
Czas
mija szybko nad jeziorem i jutro trzeba się pakować. Rano nie jest łatwo
znaleźć transport jadący do Monkey Bay, ale ostatecznie udaje się. Do
Mangochi bilet na miejsce w minibusie kosztuje 300MK. Dzisiaj szczęście nas
trochę opuszcza i nasz minibus kilka razy psuje się. Ostatnim razie awaria
jest dość poważna. Skrzynia biegów odmawia posłuszeństwa i jedynym działającym
biegiem jest wstecznym. Zanim zdążyłem zaproponować kierowcy, że może dokończymy
trasę jadąc tyłem J,
na drodze zjawiła się ciężarówka jadąca w naszym kierunku. Po kilku
godzinach telepania dotarliśmy do Chiponde z przesiadką w Mangochi.

W
Chiponde regularny transport się kończy i do granicy mozambickiej trzeba iść
na nogach albo skorzystać z usług chłopców oferujących transport na bagażnikach
swoich wysłużonych rowerów. Po długich dyskusjach cena stanęła na 350
kwacha za jednego pasażera. Załadowaliśmy się więc z naszymi
kilkunastokilogramowymi plecakami na bagażniki dwóch rowerów i pomknęliśmy
w kierunku Mozambiku. Celnicy malawijscy pożegnali nas jak należy, życząc
szerokiej drogi, ale po stronie mozambickiej nie było już tak łatwo....
© Tekst i zdjęcia Tomasz
Szymkiewicz
|